Menu Zamknij

Testy- sresty i pod dywan zamiastanie, czyli rzecz o zmianach w edukacji

fot. Karolina Czerwińska

Szóstoklasiści pisali dzisiaj test podsumowujący ich wiedzę. Historyczny, bo ostatni tego typu. Co czeka system edukacji w kolejnych latach do końca nie wiadomo, ale pewne jest jedno – cokolwiek zmieni się w nazwach szkół, podziale klas, stopniach edukacji itp., będzie niewystarczające, bowiem potrzebna jest przede wszystkim zmiana w ludziach i ich podejściu do nauczania i uczenia się.

Niedawno rozmawiałam z panem taksówkarzem na temat współczesnej edukacji – ot taka dyskusja w drodze na dworzec 😉 Pan taksówkarz twierdził, że „teraz to młodzi nie znają nawet tabliczki mnożenia”, „fundamenty u nich bardzo słabe” i był załamany brakiem podstawowej wiedzy ogólnej młodzieży. Przesada – ktoś powie, ale trudno jest zarzucić tej opinii całkowity bezsens.

Na co dzień pracuję z dziećmi w wieku przedszkolnym, ale mam też kontakt ze starszymi dzieciakami, młodzieżą, ludźmi dopiero wkraczającymi w dorosłość. Pokolenie tzw. millenialsów, uważane za egoistyczne, roszczeniowe i leniwe, także nie jest mi obce (no cóż, biorąc pod uwagę metrykę sama do niego należę). Przeszłam przez wszystkie szczeble edukacji, pamiętam, czym jest szkoła z punktu widzenia ucznia, a dzięki studiom znam ją nieco od strony nauczyciela. Dlatego dobrze wiem, że nie jest dobrze i w słowach pana taksówkarza tkwi całkiem sporo racji.

Czy rzeczywiście uczniowie opuszczają szkolne mury wyposażeni w fundamenty słabej jakości? Przecież program nauczania jest tak szeroki, bogaty i wszechstronny! Może właśnie na tym polega błąd systemu! Karty pracy, nudne zajęcia oderwane od rzeczywistości, podręczniki i zadania domowe, nad którymi siedzi pół rodziny. Wymagania szybkiego opanowania materiału już od pierwszej klasy szkoły podstawowej, brak indywidualnego podejścia i odpowiedniej motywacji. Za dużo, za szybko, za bardzo, byle tylko testy były dobrze zdane i statystyki wskazywały, żeśmy mądrzy i wykształceni. Przeklęte testy, które miarą wiedzy, inteligencji i zdolności wcale nie są.

Przykład z ostatnich dni – pomagałam w przygotowaniu do testu szóstoklasisty z angielskiego. Przygotowałam zadania, które były podobne do tych na arkuszach testowych – dobierz odpowiedź do sytuacji, dopasuj wypowiedzi do dialogu, wybierz właściwą reakcję do zdania. Mój „uczeń” rozwiązał zadania praktycznie bezbłędnie, ale zapytany o znaczenie konkretnych zdań… nie wiedział. Zadziałał mechanicznie, rozwiązywał test i nic ponadto. Punkty z pewnością zdobyte, ale czy i wiedza?

„W tej pierwszej klasie nie jest tak, jak mówili, wcale się tam nie bawią” powiedział niedawno tata sześcioletniego pierwszoklasisty, jednego z moich dzieciaków- absolwentów. Nie jest, bo choć przeprowadzono remonty, zainwestowano w wyposażenie i przekształcenie klas na bardziej przyjazne, to nie zmieniło się nic w myśleniu o nauczaniu. Bo jego celem nie powinno być dobre napisanie testu i zdobycie punktów. Celem nie może być ZZZ – zakuć, zdać, zapomnieć. Motywacją nie powinny być oceny. Zdobycie wiedzy i umiejętności to cel sam w sobie, a nauka nie ma służyć statystykom, a temu, by dawać sobie radę w codziennym życiu, mieć otwarty umysł i szerokie horyzonty, rozwijać swoje pasje i zdolności. Dzieciaki są za małe by to wiedzieć i zrozumieć. Co gorsza, dorośli sterujący edukacją często mają ten sam problem.

Jeśli zatem rząd – ten czy inny- chce zmieniać coś w edukacji, powinien zacząć od przyjrzenia się programowi, metodom i formom nauczania. Tworzenie kolejnych szczebli, po czym likwidowanie ich, posyłanie do szkół sześciolatków i późniejsze ich odraczanie, żonglowanie rozmaitymi testami i punktami w podstawie programowej, dokładanie lub zabieranie nauczycielom obowiązków i wymagań to zwykłe mydlenie społecznych oczu, granie pod publiczkę i zamiatanie pod dywan prawdziwych problemów.

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *